Frank Zappa powiedział (o ile faktycznie to on powiedział- Filip Szałasek w swojej kapitalnej książce Jak pisać o muzyce. O wolnym słuchaniu przypisuje to zdanie Johnowi Zornowi), że „pisanie (/mówienie) o muzyce jest jak tańczenie o architekturze” i zasadniczo na tym moglibyśmy skończyć. Po co dzisiaj (zwłaszcza dzisiaj) pisać o czymś, skoro każdy z nas mając w ręku smartfon, może po prostu dany utwór znaleźć, włączyć i posłuchać samemu? Mało tego dla każdego będzie on brzmiał inaczej.
Na pytanie „po co?” niezwykle obrazowo odpowiedział (chociaż z myślą o innej dziedzinie) niezwykle dla mnie (z wielu względów) ważny ks. Michał Heller (nie tylko duchowny katolicki, ale i wybitny naukowiec zajmujący się astronomią, fizyką, matematyką, teologią wraz filozofią tych nauk i ich historią):
„Czy można czytać Biblię, nie znając tych dyscyplin i nie wiedząc niczego o kontekście kulturowo- historycznym oraz religijnym, w jakim powstawały poszczególne fragmenty Pisma Świętego? Oczywiście tak. Tyle tylko, że lektura Biblii będzie się w takim przypadku sprowadzać jedynie do biernego rejestrowania i całkowicie bezkrytycznego akceptowania zawartych w tekście informacji. Zasadnicza słabość tego rodzaju „metody” czytania Pisma Świętego polega na tym, że poznaje się w ten sposób jedynie zewnętrzny i najczęściej najmniej istotny aspekt tego, co miał do powiedzenia autor tekstu biblijnego. Przypomina to poniekąd wyciąganie wniosków o rozmiarach góry lodowej na podstawie zewnętrznych oględzin fragmentu wystającego ponad powierzchnię wody.”
(Michał Heller; Tadeusz Pabian „Stworzenie i porządek wszechświata”)
Czy można to przyłatać do muzyki? Mi, ten fragment szczerze mówiąc pasuje idealnie. Jeżeli dostosujemy ten fragment i połączymy z muzycznymi skojarzeniami, otrzymamy odpowiedź na postawione w pierwszym zdaniu pytanie.
Czy można słuchać muzyki, nie znając tych dyscyplin, które ją kształtują nie wiedząc niczego o kontekście kulturowo- historycznym oraz religijnym, w jakim powstawały poszczególne dzieła? Oczywiście tak. Tyle tylko, że odbiór tych kompozycji będzie się w takim przypadku sprowadzać jedynie do biernego rejestrowania i całkowicie bezkrytycznego akceptowania zawartych w tej muzyce informacji. Zasadnicza słabość tego rodzaju „metody” słuchania polega na tym, że poznaje się w ten sposób jedynie zewnętrzny i najczęściej najmniej istotny aspekt tego, co miał do powiedzenia kompozytor. Przypomina to poniekąd wyciąganie wniosków o rozmiarach góry lodowej na podstawie zewnętrznych oględzin fragmentu wystającego ponad powierzchnię wody.
Dlatego też cel tego wszystkiego jest całkiem prosty. Chciałbym zaprosić do zupełnie innego słuchania. Nie tylko tego przy okazji. Nie tylko w formule bezrefleksyjnie odbieranego tła dźwiękowego które towarzyszy pracy/ podróżowaniu autem czy komunikacją miejską. Takiego, w którym zwracamy uwagę na wykonawcę, na kompozytora, znamy koncepcję interpretacji, kontekst powstania samej kompozycji… dokładając do tego nieco łatwiejszą formę by móc zrozumieć i… zatracić się w dobrej, bardzo dobrej muzyce.

